
Pierwszy projekt programistyczny – jak zdobyć pierwsze zlecenie bez doświadczenia
Pamiętam ten dzień jak dziś. Siedzę w kuchni, laptop gorący jak patelnia, a na ekranie migają mi przed oczami linie kodu, które dopiero co nauczyłam się pisać. Telefon dzwoni – to znajoma.
„Słuchaj, Kasia ze sklepu z kwiatami szuka kogoś do zrobienia strony. Mówiłam jej, że ty się tym zajmujesz…”
Zajmujesz? Ja? Miałam za sobą trzy miesiące nauki z tutoriali na YouTube i jeden ukończony kurs online. Moje portfolio składało się z dwóch projektów treningowych, które wyglądały jak z 2005 roku. Ale coś we mnie kliknęło.
„Tak, oczywiście. Powiedz, że się tym zajmuję.”
Jak zdobyłam pierwsze zlecenie (czyli siła słabych więzi)
To zlecenie nie przyszło przez LinkedIn, portfolio ani networking na konferencjach. Przyszło przez znajomą, która widziała, jak „coś tam klikam w komputerze” podczas rodzinnego obiadu. Tak właśnie zaczyna się większość kariery programistycznych – nie spektakularnie, ale… jakoś.
Kasia miała mały sklep z kwiatami w centrum miasta. Zero obecności w internecie, wszystkie zamówienia przez telefon. Chciała „chociaż podstawową stronkę, żeby ludzie wiedzieli, że istnieje”.
Spotkałyśmy się w kawiarni. Ja z notatnikiem i wydrukowaną listą pytań z artykułu „Jak rozmawiać z pierwszym klientem” (tak, wydrukowałam artykuł). Ona z Instagramem pełnym zdjęć bukietów i wizją „czegoś eleganckiego, ale nie za drogiego”.
Wyceniłam projekt na 800 złotych. Czy to była dobra cena? Nie mam pojęcia. Wygooglowałam „ile kosztuje prosta strona internetowa”, podzieliłam najniższą kwotę przez dwa i dodałam 200 złotych „na wszelki wypadek”. Matematyka na poziomie mistrzowskim.
Co zrobiłam dobrze (nawet nie wiedząc, że robię dobrze)
Patrząc wstecz, kilka rzeczy działało na moją korzyść:
Słuchałam klienta. Naprawdę. Robiłam notatki z każdego spotkania. Pytałam o kolory, o to, jak wyobraża sobie nawigację, jakie zdjęcia ma. Kasia czuła się wysłuchana – i to było warte więcej niż moje umiejętności CSS.
Nie obiecywałam gwiazdki z nieba. Byłam uczciwa: „To będzie mój pierwszy komercyjny projekt. Mogę nie znać wszystkich najlepszych praktyk, ale zrobię wszystko, żeby strona działała i wyglądała dobrze.” Ta szczerość zbudowała zaufanie.
Pokazywałam postępy. Co kilka dni wysyłałam screenshoty: „Zobacz, tak będzie wyglądać strona główna. Co myślisz?” Żadnych niespodzianek na końcu, żadnego „ta-dam, mam nadzieję, że ci się spodoba”.
Zrobiłam stronę responsywną. To był 2019 rok, ale nadal spotykałam strony, które na telefonie wyglądały jak po wybuchu. Sprawdziłam swoją pracę na każdym urządzeniu, jakie miałam w domu (i telefonie i tablecie).
Jakie błędy popełniłam (lista jest długa)
Och, gdzie zacząć.
Kod był tragiczny. Inline style w HTML-u. Trzydzieści plików CSS, z których korzystałam z fragmentów. Klasy o nazwach typu .div1, .tekst-czerwony, .ten-przycisk-co-tam. Zero struktury, zero metodologii. To nie był kod – to był koszmar każdego developera, który musiałby to później utrzymywać (czytaj: ja za pół roku).
Nie podpisałam umowy. Nawet nie pomyślałam o umowie. „A po co, to przecież znajoma?” Po co? Żeby wiedzieć, co wchodzi w cenę, a co nie. Bo kiedy po dwóch tygodniach od „zakończenia” projektu Kasia zadzwoniła: „Możesz dodać jeszcze formularz kontaktowy? I galerię? I blog?” – nie miałam argumentów, żeby odmówić.
Nie zaplanowałam czasu. Myślałam, że zrobię to w tydzień. Zajęło mi pięć tygodni. Pięć. Pracowałam po nocach, bo w dzień miałam etat w zupełnie innej branży- patrz: macierzyństwo. Wypalenie zawodowe zaczyna witać już przy pierwszym projekcie – kto by pomyślał?
Hosting i domena to była improwizacja. „A gdzie ta strona ma wisieć?” – zapytała Kasia tydzień przed deadlinem. Deadline, który sobie sama wyznaczyłam, bo nie było żadnego w umowie (patrz wyżej). Spanikowana wygooglowałam „najtańszy hosting” i kupiłam pierwszy z brzegu. Strona ładowała się jak na dial-upie.
Nie testowałam na starych przeglądarkach. Strona wyglądała pięknie w Chrome. W Firefoksie – też ok. W Internet Explorerze 11, którego używała połowa klientów Kasi? Katastrofa. Wszystko się rozjechało. Spędziłam kolejne trzy dni na fixowaniu tego, za co oczywiście nie wzięłam dodatkowej zapłaty.
Komunikacja? Chaotyczna. Wiadomości na Messengerze, SMSy, czasem telefon. Zero dokumentacji, co zostało uzgodnione. „Ale mówiłaś, że logo będzie po lewej!” „Nie, mówiłam, że może być po lewej, ale lepiej będzie po środku.” Dwie dorosłe kobiety spierające się o pozycję logo o 23:00. Glamour.
Dlaczego ten projekt nadal jest ważny
Ten projekt już nie istnieje. Kasia przeszła na gotowe rozwiązanie e-commerce rok później, gdy jej biznes urósł. Ale to był dowód, że potrafię.
Dowód dla Kasi, że warto mi zaufać. Dowód dla następnych klientów, że mam w portfolio prawdziwy projekt, a nie tylko demo ToDo lista. I dowód dla siebie, że mogę wziąć problem, rozwiązać go kodem i dostać za to pieniądze.
Te 800 złotych? To nie była zapłata za kod. To była zapłata za przełamanie własnych wątpliwości. Za przekonanie, że jestem programistką, nawet jeśli mój kod wygląda jak makaron.
Co bym zrobiła inaczej dziś
Wszystko. I nic.
Wszystko – bo gdybym dziś pisała tę stronę, użyłabym normalnej struktury projektu, frameworka, właściwych narzędzi. Podpisałabym umowę, wyceniła projekt realnie (biorąc pod uwagę stawkę godzinową i szacowany czas), ustawiłabym jasne granice zakresu.
Nic – bo właśnie te błędy nauczyły mię więcej niż jakikolwiek kurs. Nauczyłam się, że:
- Umowa chroni obie strony
- Komunikacja musi być jasna i udokumentowana
- Dobre praktyki w kodzie to nie fanaberia, tylko oszczędność czasu
- Trzeba testować wszędzie, nie tylko tam, gdzie nam wygodnie
- Warto podpiąć się pod społeczność (nie musiałabym sama walczyć z IE11)
Rada dla osób szukających pierwszego projektu
Nie czekaj na idealne umiejętności. Bo ich nie będzie. Za rok będziesz patrzeć na kod z dzisiaj i myśleć „Boże, co ja wtedy wiedziałam?”. Za pięć lat – tak samo. To normalne.
Wystarczy, że potrafisz rozwiązać konkretny problem konkretnej osoby. Kasia nie potrzebowała seniora z dziesięcioletnim doświadczeniem. Potrzebowała kogoś, kto zrobi jej działającą stronę i nie zniknie po wzięciu przedpłaty.
Zacznij od kręgu zaufania. Rodzina, znajomi, lokalne biznesy. To nie jest „mało ambitne”. To jest mądre. Ci ludzie dadzą ci szansę, a ty dasz im wartość. Win-win.
Pierwsza wersja może być brzydka. Nie musisz liznąć wszystkich najlepszych praktyk przy pierwszym projekcie. Ważne, żeby działała, była responsywna i rozwiązywała problem. Resztę dopracujesz przy drugim, trzecim, dziesiątym projekcie.
Jak wycenić swoją pracę, gdy nie masz doświadczenia
To najtrudniejsze pytanie. I nadal czasem sprawia mi problem.
Oto co zadziałało u mnie (i co bym teraz poleciła):
Metoda 1: Minimalna stawka godzinowa
Ile musisz zarobić na godzinę, żeby to miało sens? Nie porównuj się z seniorami. Pomyśl: jaka kwota sprawi, że będziesz zadowolona z czasu poświęconego na projekt? Dla mnie to było 25 zł/h. Nisko? Tak. Ale pozwoliło mi zacząć.
Szacujesz, ile godzin zajmie projekt (pomnóż to razy dwa, bo zawsze zajmuje dłużej). Mnożysz przez swoją stawkę. To twoja cena.
Metoda 2: Sprawdź rynek lokalny
Zadzwoń do 2-3 małych agencji webowych w twoim mieście. Zapytaj, ile kosztuje u nich prosta strona wizytówka. Weź 60-70% tej ceny. To twoja bazowa kwota.
Metoda 3: Wartość dla klienta
Co ten projekt da klientowi? Jeśli sklep Kasi dzięki stronie dostanie 10 dodatkowych zamówień miesięcznie po 200 zł średnio, to generujesz dla niej 2000 zł miesięcznie. Twoje 800 zł to mniej niż połowa jej zysku z pierwszego miesiąca. Brzmi fair.
Czego NIE robić:
- Nie pracuj za darmo „dla doświadczenia” (chyba że to twój projekt testowy lub dobroczynność – ale wtedy też miej tą świadomość)
- Nie porównuj się do stawek na Upwork z Indii czy Pakistanu
- Nie bój się powiedzieć ceny – to nie ty masz prosić o pracę, ty oferujesz rozwiązanie problemu
I jeszcze jedno: pierwsza kwota, którą podasz, nie jest wypisana na twojej twarzy na zawsze. Za pół roku będziesz brać dwa razy tyle. Za rok – cztery razy. To normalne.
Epilog
Tamta strona dla Kasi nie zmieni świata. Nie wygra Awwwards. Prawdopodobnie nawet nie przetrwała do dziś.
Ale zaczęła wszystko.
Bo zmusiła mnie, żeby nazwać się programistką. Żeby uwierzyć, że mogę za to brać pieniądze. Żeby zrozumieć, że perfekcja to wróg zrobienia czegokolwiek.
Jeśli czytasz to i zastanawiasz się, czy jesteś gotowa na pierwszy projekt – nie jesteś. Nikt nigdy nie jest gotowy. Ale jesteś gotowa na pierwszy krok.
A pierwszy krok to wszystko, czego potrzebujesz.
P.S. Kasia nadal wysyła mi kwiaty na urodziny. I za każdym razem mówi: „Dziękuję, że wtedy zaryzykowałaś ze mną”. Ale to ja powiinnam jej dziękować.
Zostaw Komentarz