Blue Monday

with Brak komentarzy

Kolejna nazwa, która ma prowokować jakieś zachowania. Albo też usprawiedliwiać je. Czy Ciebie to nie wkurza? Najgorsze jest to, że zwłaszcza marketingowcy to wykorzystują….

Był i minął. Dzień jak co dzień. Choć bardziej nerwowy okazał się sam z siebie. A zaczęło się, jak zwykle, prozaicznie. Kiedy słyszysz, że ktoś wstał lewą nogą, to myślisz, że to frazes. A czasami tak się po prostu dzieje.

Dużo tego typu rzeczy jest w naszym życiu. A nie raz czujesz się tak, a nie inaczej i już. Nie jesteś w stanie tego zmienić pomimo świadomości swojego stanu.

Nie ma czarodziejskiej różdżki, która załatwia sprawę, prawda? Machniesz, powiesz dwa słowa i już jest wszystko OK.

Depresyjny dzień

Dzień zaczął się jak każdy poniedziałek. Z tą różnicą, że od jakiegoś czasu starszakowi leciała ropa z ucha i dzień wcześniej (przy okazji badań) obejrzał go pediatra. Przepisał krople i antybiotyk.

Może jestem nieodpowiedzialną matką, ale na moje oko bez sensu był ten antybiotyk, bo nic poza malutkim wyciekiem z ucha się nie działo. Zero gorączki, bólu i innych niepokojących symptomów. Ale lekarzem nie jestem…

Lekarz przepisał, więc trzeba było wziąć lekarstwo. Ale starszak miał to w dalekim poważaniu. Półgodzinne przekonywanie do połknięcia płynu i … fiasko.

Ja wiem, ja jestem w pełni świadoma, co się zdarzyło. Niestety.

Nakrzyczałam na starszaka, bo nerwy już puściły. Której to się nie przytrafiło, niech pierwsza rzuci kamieniem… bo kłamie w żywe oczy.

Finalnie między mną a starszakiem nastała zimna wojna. Ja się nie odzywałam, bo obawiałam się, że znów wybuchnę. Wiem, co powinnam wtedy zrobić. Powinnam odpuścić. Powinnam go przytulić i przeprosić za krzyki.

Ale nie mogłam. Nerw tak trzymał mnie, że nie mogła znaleźć w sobie krztyny dobrej woli. Chciało mi się płakać z mojej bezsilności. Coś blokowało mnie w środku. A najgorsza była tego świadomość.

Depresyjny dzień objawił się bardziej nerwami niż smutkiem.

Dobrze się posmucić

Do wszystkiego musimy mieć opozycję, aby odebrać sens tego drugiego stanu.

Smutny dzień się do tego, jak najbardziej przydaje. Pamiętam moje Baby blues. Gdybym tego nie doświadczyła nie mogłabym w pełni pojąć, jakie to szczęście mnie spotkało w postaci synka, jednego i drugiego.

Niepokojące są stany smutku ciągłe i długotrwałe. O depresji obecnie zaczęło się mówić coraz więcej. I dobrze. Stajemy się społeczeństwem, gdzie właśnie zdrowie psychiczne jest traktowane po macoszemu i spychane na dalszy plan.
Przecież co to za problem? Smutno Ci? Weź się w garść. I już. Uśmiechnij się i zapomnij, co cię smuci…

Ale to nigdy nie jest prosta sprawa. Nadmierny stres, brak sensu życia, toksyczni ludzie i relacje wkoło… temu wszystkiemu można jakoś zaradzić, ale depresję się leczy. To choroba podobnie jak rak. Idzie się do specjalisty i się leczy.
To nie powinien być wstydliwy temat, podobnie jak wizyta u ginekologa i coroczna cytologia. To nasze zdrowie!

Jeśli wiemy, że to nie depresja (pierwszym krokiem jest zrobienie sobie testu np. takiego), a jedynie chwilowy spadek formy… to dobrze. Czasem potrzebujemy się posmucić.

Jeszcze nie spotkałam nigdy osoby, która by 365 dni w roku była hiper, super i ekstra humorze non stop (to by oznaczało chyba jakieś uzależnienie od środków odurzających, co nie?). Nie jest to naturalne. Mamy okresy radości, melancholii, smutku i optymizmu… Tak działamy.

Kiedy się smucimy, zaglądamy w głąb siebie. Analizujemy własne odczucia, przekonania i słuchamy siebie. To dobre, bo kiedy wiemy, co nas popycha na przód, a co blokuje, możemy w odpowiedni sposób reagować.

U mnie skończyło się to tym, że cały dzień raczej milczałam, z nikim nie miałam ochoty rozmawiać. Zawinęłam się w koc (bo oczywiście jeszcze do tego musiałam wymarznąć, brr…) i czytałam książkę. To mój sposób na uspokojenie nerwów. Inni mają modlitwę, medytację, a ja czytam.

Kiedy starszak wrócił z przedszkola, już mi przeszło i mogłam (w miarę) normalnie funkcjonować. Obawiałabym się takich nastrojów, gdyby dopadały mnie ciągle. Całe szczęście, ale są dosyć rzadkie i obecnie sprzęgło się to z Blue Monday. Wpasowałam się w popkulturę. 🤨

Czasem smutek oznacza, że coś niedobrego dzieje się w naszym ciele. Raczej nie do śmiechu jest Ci z gorączką czy z dreszczami, prawda? Ciało reaguje na nasze stany emocjonalne. Istotnie jest, żeby odczytywać niepokojące sygnały i dostosowywać się do działania naszego organizmu. Czasem ruch jest lekarstwem na smuteczki wszelkiej maści. Ale nie ten bardzo intensywny, bo to jednak jakiś stres. Spokojne ćwiczenia na macie, jakaś joga, rozciąganie… głębokie oddechy…
I świat już trochę (tylko trochę 😉) lepiej wygląda.

Nie dawaj się pogrążyć całkowicie w smutku. Raczej pozwól mu przyjść i pomalutku odejść.

Dołącz do społeczności bloga

Signup now and receive an email once I publish new content.

Wyrażam zgodę na przekazywanie moich danych osobowych MailChimp ( more information )

Twój e-mail będzie chroniony. W każdym momencie będziesz mógł/mogła się wypisać.

Follow Danuta:

Blogująca mama dwóch chłopców. Ciągle ucząca się i poszukująca pomysłu na siebie. Obecnie pogłębiająca tajniki programowania.

Latest posts from

Zostaw komentarz