To nie moja wina!

with Brak komentarzy
Kobieta siedząca na łóżku z kubkiem w ręku.

Miałam dziś napisać przyjemny post o książkach, które pomagają mi i Starszakowi w rozwoju mowy. Mamy prawie całą kolekcję „Pucio”. 
Taki był plan, a wiesz, że ja uwielbiam mieć wszystko zaplanowane. Wtedy czuję się pewniej i mam wrażenie panowania nad otoczeniem. Problemem jednak nie jest, gdy inny temat spływa na Ciebie mimochodem i wiesz, że powinnaś o nim napisać. Ta wewnętrzna pewność rozpiera Cię i czujesz niejaki przymus, bo inaczej pękniesz. Ta też powstaje tekst o odpowiedzialności, tej największej, bo rodzicielskiej.

  

Odpowiedzialność

Kiedy stajemy się rodzicami, automatycznie przyjmujemy na siebie odpowiedzialność za tą małą istotkę. Do kiedy? Myślę, że do momentu, gdy ten osobnik zacznie ogarniać życie na własną rękę. Specjalnie nie piszę o konkretnym wieku. Dlaczego?
Ha! Bo nawet czterdziestolatkowie czasem nie chcą być odpowiedzialni za swoje własne życie. Postawa roszczeniowa typu „bo mi się należy” jest niestety coraz częściej spotykana. I takim osobom „przydarza się” potomstwo.
Pojawia się problem tego typu, że nienauczeni odpowiedzialności za siebie stają się odpowiedzialni za kogoś. A to ich boli i mierzi bardzo.

Piszę to w ten sposób, bo niestety ostatnio odczułam to na własnej skórze. 
Zaczęliśmy ze Starszakiem dodatkowe zajęcia z terapii logopedycznej i SI. Jesteśmy już kolejnych zajęciach, a ja już rozpoznaję innych rodziców innych dzieci z podobnymi zaburzeniami. Takie zajęcia trwają od 30 min do godziny, więc czasem jest sporo czasu na rozmowę. Na początku niezobowiązującą, ale coraz bardziej w tonie żali i chęci, aby ktoś się ulitował nad daną osobą.
Wredne, co piszę? Masz inne wrażenie? Zazdroszczę. Dziewięciu rodziców na dziesięciu momentalnie zaczęli się mi żalić, jak to jest im bardzo źle i jak nikt ich nie rozumie i nie pomaga.
Gdzie ich odpowiedzialność za własne życie, za dzieci? Gdzieś może i była, bo (chyba) płacą czynsz za mieszkanie.

Podział

Często też usłyszę, że ze wszystkim musi „latać” jeden rodzic. Niestety podobnie jest w moim przypadku, choć na każdym kroku wciągam w tok decyzyjny i organizacyjny Pana Męża. Ciągle sobie tłumaczę, że on na nas zarabia (jestem już na urlopie wychowawczym – zero pieniążków ;/). Próbuję go usprawiedliwiać i wpasowywać w jakiś ogólny „plan rodziny”. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to najlepsze wyjście. Dlatego działam – dzieląc się odpowiedzialnością za dzieci. One są nie tylko moje, prawda? 
Co daje takie rozłożenie odpowiedzialności na obu rodziców? Jeden i najważniejszy czynnik – nie męczy nas taka odpowiedzialność tak szybko. Bycie ciągle w pogotowiu i „na baczność” może zmęczyć. Gdy jesteśmy przemęczone, łatwiej wpadamy w złość, łatwiej popełniamy błędy, częściej będziemy robić coś, aby tylko było zrobione, niekoniecznie dobrze. 
Przerzucanie odpowiedzialności za opiekę nad dziećmi na drugiego rodzica jest dbaniem o nasz stan psychofizyczny. Musimy odpoczywać, nie jesteśmy maszynami bez marzeń, ambicji. 
Musimy dbać o siebie, aby lepiej zadbać o dzieci oraz Pana Męża (choć on powinien umieć sam o siebie zadbać ;)).
Poza „Matki-Polki”, męczennicy na nic tu się przyda, bo długo tak się nie pociągnie. Taka prawda.

Spychanie

To takie wygodne, gdy ktoś robi coś za nas. Nie musimy się tym martwić, zastanawiać się jak to wszystko zaplanować. Jak wszystko poustawiać, aby nikt nie został pominięty…
Ktoś odbiera od nas całą tę odpowiedzialność. Za nasze własne życie, za nasze dzieci…
Tak, wygodnie, prawda?
Odprowadzamy dziecko do przedszkola i oczekujemy, że właśnie tam je nam ktoś wychowa i zadba o nie. Abyśmy nie musieli nad tym się głowić i coś załatwiać. Oczekujemy, że zajęcia u logopedy załatwią całą sprawę. Po wyjściu od pani terapeutki dzieciak zacznie płynnie opowiadać, co mu się przydarzyło w ciągu dnia. Ach! Cudownie by było, ale to nierealne. Niektórzy rodzice próbują spychać swoją odpowiedzialność za rehabilitację i ćwiczenia z dzieckiem na inne osoby związane z tym przedsięwzięciem. 
Oczekują kolosalnej zmiany w zachowaniu dziecka. O naiwności! A wszystko rozbija się o konsekwentne działania rodziców. Dzień w dzień. Ciągłe powtarzanie i wykonywanie mikro ćwiczeń.  
Efekt może być widoczny po pół roku lub po dwóch latach. Ale trzeba działać, ciągle i metodycznie. Z pewnością nie jest to zadanie dla terapeuty, który widzi dziecko godzinę w tygodniu. To rodzic jest 24 godziny na dobę z dzieckiem. Przedszkole i terapeuta to uzupełnienie działań rodzica. 
Odpowiedzialność zawsze i tylko leży po stronie rodzica, a nie innych ludzi, jakichś instytucji. 
Nie ma co obwiniać innych ani tym bardziej siebie, bo nie chodzi tu o czyjąś winę. Odpowiedzialne działanie zawsze powinno być skierowane ku dobru dziecka. 

Nie wszyscy dorośli do tego. Niestety. Zauważam to coraz częściej i mam wrażenie, że tylko ja to widzę. Inni nie widzą w tym nic złego, gdy powiadają, że np.”przedszkole powinno…” Eh… takie życie. Weź swoje w swoje ręce. 

Nowe prezenty! Zestaw ściągawek dla rodziców na podstawie książki: "Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły."

Zapisz się do newslettera i otrzymuj listy ode mnie 💖

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych przez Danutę Cybulską w celu wysyłania do mnie newslettera i informacji handlowych. Wiem, że w każdej chwili mogę zrezygnować. Szczegóły w w polityce prywatności ( link )

🙋‍♀️

Follow Danuta:

Blogująca mama dwóch chłopców. Ciągle ucząca się i poszukująca pomysłu na siebie. Obecnie pogłębiająca tajniki programowania.

Zostaw komentarz