Ucieczka

with Brak komentarzy

Ucieczka nic nie zmienia, ale nie można negować chęci ucieczki. To uczucie, że jeszcze chwila, moment i … nie będziemy w stanie tego znieść, a jedyną alternatywą jest biec jak najszybciej. Do utraty tchu pędzić jak najdalej od wszystkiego, co wtłacza nam się w umysł, a ramiona coraz bardziej bolą od wysiłku, który jest związany z tym, aby wszystko ogarnąć.

Kiedyś ktoś mi powiedział, że jestem jak ta Zosia-Samosia. I nie był to komplement, a raczej przytyk do tego, że umie zająć się sama jakąś sprawą. Nie czekam, aż ktoś to zrobi za mnie, ale sama działam. Po usłyszeniu tego pseudokomplementu zaczęłam się zastanawiać, jak odbierają mnie inni, a jak ja to widzę.

 

To radzenie sobie w każdej sytuacji inni widzą tak:

 Nie musimy jej pomagać, bo zawsze sobie poradzi. Nawet jak prosi o pomoc, to tak naprawdę nie chce jej. Przecież sobie radzi, prawda? Zostawmy ją w spokoju, bo zawsze sobie poradzi. Tak, my potrzebujemy pomocy bardzo często, ale ona nie. Hahaha…

 

Jak to wygląda od mojej strony?

Nie dam rady, nie dam rady, za głupia jestem przecież na to. Po co się za to zabierałam w ogóle. Po raz kolejny, gdy prosiłam, aby ktoś mi pomógł, odpowiedziała mi głucha cisza. Spraw do załatwienia coraz więcej i więcej. Nie daję rady! Jeszcze chwila i wstanę, wyjdę, trzaskając drzwiami. I nie wrócę. Boziu, jak ja chcę stąd uciec! Ale przecież nie mogę, bo obowiązki, bo dzieci, rodzina, dom itd….. Płaczę cichutko, kiedy już wszyscy śpią, aby nikt nie widział moich łez bezsilności. Wypominam sobie podniesiony głos na dzieci, foch na męża, i wiele innych, tak naprawdę mało istotnych zdarzeń. Ale kręcą mi w brzuchu dziurę i kręcą. Raz z optymizmem i entuzjazmem podchodzę do wyzwań codzienności, a innym razem robię tylko to, co konieczne i marzę zaszyć się gdzieś w głuszy, gdzie nikt mnie nie będzie znać i nie będzie komentować każdego mojego posunięcia. Każde niewinnie wypowiedziane słowo, choć wydawałoby się, że przyjmuję je całkiem pozytywnie, rani moją niepewną duszę.

 

Tak to mniej więcej wygląda. Czasem jest lżej, a czasem ciężej. Kiedy jest ciężko, odcinam się od innych. Tylko tak mogę sobie z tym poradzić. Nie odcinam się fizycznie, bo jest to nie możliwe, ale prawie wcale się nie odzywam i raczej zamykam się wewnętrznie. Aż do momentu, kiedy znów mam przypływ sił i mam odwagę podjąć walkę. I na razie jeszcze nie uciekać.

 

To jak? Poprawiamy korony i zap… my, jak małe samochodziki, co? Bośmy tak nauczyli wszystkich. 🙁

W moim przypadku nikt, tak naprawdę, się mną nie przejmował. Czy sobie radzę, czy nie. Nikogo to nie zainteresowało. Więc musiałam się tym sama zająć. I tak wszyscy się nauczyli, że nie proszę o pomoc, że co gorsza, nie potrzebuję jej. Komuś musiało zależeć na mnie. Nawet jeśli to byłam ja sama. 🙂

Radzę sobie, bo muszę. Pomimo silnej chęci ucieczki, robię co należy. Nikt za mnie nie będzie żył.